Geoblog.pl    Krokwnieznane    Podróże    Japonia    Hiroszima i wyspa Miyajima
Zwiń mapę
2015
27
lip

Hiroszima i wyspa Miyajima

 
Japonia
Japonia, Hiroshima
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 5380 km
 
Po nieudanej próbie zobaczenia Fuji, wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Hiroszimy. Pisałam już o naszym zachwycie nas pociągami japońskimi? Jeśli tak to się powtórzę, Shinkanseny- szybka kolej- są genialne. Są punktualne, czyste, szybkie, ciche, przestronne, wygodne i nowoczesne. Siedząc w fotelu, czujesz prędkość w momencie, gdy wbija cię lekko w fotel.
W takich warunkach można podróżować, rozumiem też teraz, dlaczego tak wielu Japończyków nie posiada własnego auta (w Tokio się nie sprawdza- za drogie parkingi, metro jest świetnie zorganizowane, a wszędzie indziej można dojechać właśnie Shinkansenem).

Dojechaliśmy do Hiroshimy, zostawiliśmy bagaże w hotelu i udaliśmy się Promenadą Pokoju do Muzeum Bomby Atomowej i Parku Pokoju. Muzeum nie duże (bilet tylko 50 Y), ale interesujące i poruszające serca. Zdjęcia, szczątki ubrań i przedmiotów, makieta miasta i bomby, które uzmysławiają okrucieństwo ataku na miasto.
Potem przeszliśmy się po parku mijając pomniki upamiętniające ofiary tragedii oraz zniszczony dom nazywany Kopułą Bomby Atomowej- jedyny budynek, który nie uległ całkowitemu zniszczeniu. Dziś jest symbolem upamiętniającym tragedię.

Wieczorem przeszliśmy się wąskimi, kolorowymi uliczkami pełnymi restauracji i barów z hostessami. W jednej z nich zjedliśmy wołowinę pieczoną przez nas samych na grillu.

Dzień 2.
Rano udaliśmy się na stację kolejową, skąd odjeżdżał pociąg do Miyajima (przejazd pociągiem i prom pokrywała karta JR Pass). Wysiedliśmy na ostatniej stacji, przeszliśmy kawałeczek i znaleźliśmy się na przystani promowej, z której chwilę odpływały statki na wyspę. Po 10 minutach płynięcia znaleźliśmy się na wyspie Miyajima.
Zastaliśmy tam malowniczo położone miasteczko pomiędzy wodą a bujnie zielonymi wzgórzami. Tradycyjna zabudowa, typowo japońska roślinność i jelonki, które przyzwyczajone było do obecności ludzi. Co przejawiało się tym, że kręciły się w kółko głównie za turystami, poszukując, czegoś do zjedzenia- nawet kartki papieru.
Zwiedziliśmy chram Itsukushima-jinja poświęcony boginiom morza, który strzeże brama "pływające torii" - wizytówka wyspy. W czasie odpływu można do niej podejść. Nasycenie czerwienią i delikatnymi detalami jak białe lampiony.
Za świątynią przeszliśmy wzdłuż drewnianych pawilonów mieszkalnych i innych świątyń. Urokliwe wąskie uliczki z typową architekturą. Idealne miejsca na spokojny całodniowy spacer.

Na jednej z uliczek spotkaliśmy dwie Japonki ubrane w tradycyjne stroje i specjalne kapelusze, nieco inne niż typowe kimona, ale równie barwne, dzięki czemu świetnie się kontrastowały z bujną zielenią, czystym strumykiem i jelonkami. Na szczęście zgodziły się na zrobienie fotki. Zadowoleni poszliśmy dalej. Spacerując mijaliśmy liczne sklepiki z pamiątkami i ryżowymi słodyczami. Co jakiś czas także napotykaliśmy na budki serwujące specjał regionu- grillowane ostrygi. Mimo słabej miłości do tego rarytasu, trzeba było spróbować. Gorące ostrygi prosto z grilla można było samodzielnie przyprawić sosem sojową, cytryną lub/i ostrą papryką. Za dwie sztuki cena 400 Y. Zapach morza, sprawił, że ja się poddałam i nie spróbowałam. Adam dzielnie podjął wyzwania, ale po pierwszym kęsie mina mu zrzedła. Chyba jednak ten afrodyzjak nie jest dla nas. Zostawiliśmy resztę na talerzyku i odeszliśmy od stolika.

Wróciliśmy do Hiroszimy późnym popołudniem. Zmieniliśmy hotel, właściwie przez przypadek. Początkowy plan był taki, że wsiadamy w pociąg do Nagasaki, ale Adam pomylił miasta i zarezerwował ponownie nocleg w Hiroszimie zamiast w Nagasaki. Wieczorem udaliśmy się na kolację do pobliskiego baru. Nie chcieliśmy daleko szukać, bo zmęczeni byliśmy całodniowym zwiedzaniem w upale. Jednak w okolicy nie było łatwo coś znaleźć. Mało barów, a jak już to bez anglojęzycznego czy obrazkowego menu. A w naszym przypadku zamawianie na oślep jest niemożliwe. W końcu trafiliśmy do małego, pustego baru, gdzie na ścianie widniały rysunki dań: sałatki, kiełbaski i dania typowo japońskie. Skończyło się na kiełbaskach i frytkach ;) bardzo po japońsku. Byliśmy jedynymi gośćmi. Gdy na półce zobaczyliśmy polski spirytus Polmos, zagadaliśmy właściciela baru. Rozmowa była nieco utrudniona przez słaby angielki właściciela, ale czas na niej upłynął nam niezwykle sympatycznie. Japończyk próbował odpowiedzieć nam na wszystkie pytania, widać, że bardzo się starał sam z siebie coś nam opowiedzieć. Dowiedzieliśmy się, że ma 71 lat i przeżył wybuch bomby atomowej. Zapytał nas o Auschwitz. Na koniec zapytał czy chcemy, żeby napisał nam nasze imiona w kanji- alfabecie japońskim. Na białej kartce napisał specjalnym mazakiem imiona, miejsce i datę spotkania. Cudowna pamiątka. Przemiły wieczór. Na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcie i do hotelu spać.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedzili 7.5% świata (15 państw)
Zasoby: 93 wpisy93 31 komentarzy31 1018 zdjęć1018 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróże
22.07.2015 - 07.08.2015