Geoblog.pl    Krokwnieznane    Podróże    Dubaj- Sri Lanka - Australia i Azja Płd- Wsch    Tradycyjne wioski plemion Ngada
Zwiń mapę
2014
22
gru

Tradycyjne wioski plemion Ngada

 
Indonezja
Indonezja, Moni
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 30216 km
 
Niecałą godzinę drogi od Bajawy znajdują się tradycyjne wioski, które dziś są bardziej skansenami, ale dalej zamieszkanymi przez lokalnych ludzi, którzy nauczyli się, że na turystach można zarobić. Dlatego przy wejściu do wioski jest się zaproszonym do chaty, gdzie leży księga, do której trzeba się zameldować- napisać swoje imię, kraj pochodzenia oraz kwotę, którą chce się przeznaczyć na zwiedzanie wioski. Nie ma biletu wstępu, teoretycznie można dać ile się uważa za słuszne. Patrząc na inne wpisy, daliśmy 50.000 rupii za 4 osoby, czyli 15zł.
Wioski u podnóży wulkanu Inerie, imponującej wielkości równego stożka, zamieszkiwane są przez plemiona Ngada. Pierwsza, którą odwiedziliśmy zrobiła na nas największe wrażenie. Bela lub tak jak powiedział nam Henry Langa (nie jesteśmy pewni, która nazwa jest właściwa) zbudowana została na planie kwadrata. Chaty pokryte strzechą rozmieszczone jedna obok drugiej otaczały duży plac, na którym znajdowały się tradycyjne ngadhu, czyli drewniane słupy nakryte czapą ze strzechy- symbole przodków męskich i bhaga- symbole przodków żeńskich oraz peo, strzeliste megality symbolizujące przyszłe pokolenia oraz będące ołtarzami podczas licznych rytuałów. Dla plemion Ngada kult przodków jest bardzo ważny, stąd te symbole. W wiosce można także zaobserwować nagrobki oraz krzyże, bo lokalni są katolikami, którzy kultywują pogańskie obrządki.

Obeszliśmy wioskę wokół zaglądając niekiedy do środka. Wszystkie chaty wyglądały podobnie. Ganek, na którym często przesiadują kobiety tkając kolorowe ikaty - długie tkaniny służące jako spódnice, dla turystów bardziej jako kolorowy obrus do domu oraz żując betel, czyli liście połączone z jakimś proszkiem i płynem mający działanie relaksujące. Czarne zęby wesołych Indonezyjczyków to właśnie jego sprawka. Dalej puste pomieszczenie z jednym meblem- ławą, za którą znajduje się wejście do innego pomieszczenia. Kuchnia na dworze za domem. Skromnie. Ale lokalnym jakby to nie przeszkadzało. Całe życie i tak toczy się przed domem. Grupka roześmianych dzieciaków otoczyła nas szybko, zwłaszcza jak Magda rozdała im ciasteczka. Nieśmiało zabrały smakołyki i usiadły z nami. Starszyzna słabo mówiła po angielsku, więc tylko się nam przedstawiła uśmiechając się szeroko pokazując czarne uzębienie lub jego brak.

Kolejna wioska opisywana w przewodnikach jako najładniejsza i robiąca największe wrażenie. Dla nas wydała się bardziej komercyjna. Na wejściu informacja z planszami opisującymi wioskę i plemiona Ngada, książka do wpisów i skrzynka na datki. Przed każdym domem plastikowy kosz, sklepik ze słodyczami i kilka motorów. Wioska położna na wzniesieniu. Jak podeszliśmy do góry na punkt widokowy, przed nami pojawił się cudowny, górzysty krajobraz lasu tropikalnego oraz potężny Inerie. Wioska ładnie położona, zbudowana na planie prostokąta, przypominająca poprzednią, ale wydała nam się bezosobowa. Nie nawiązaliśmy z nikim kontaktu, nikt o niego też nie zabiegał.
Ostatnia wioska Wogo z elektrycznością i przewodniczką mówiącą doskonale po ang.
Zdawaliśmy sobie sprawę, że każda z odwiedzonych wiosek jest utrzymywana dla turystów, że nowoczesność dotarła także i tutaj, ale w pierwszej mogliśmy chociaż sobie wyobrazić jak to mogło wyglądać kilkadziesiąt lat temu, zanim dotarli tu biali.

Ruszyliśmy dalej. Mieliśmy do pokonania niezłą trasę. Nie wiem dokładnie ile km, ale miała trwać 6 godzin. Na Flores odległości nigdy nie są podawane w kilometrach tylko w godzinach. Z Labuan Bajo do Maumere - naszego ostatniego przystanku, jest tylko 511 km, a już pierwszego dnia spędziliśmy 10 godzin w samochodzie jadąc 30km/h. Kręte, górzyste tereny, przeszkody na drodze takie jak wielkie kamienie i skały, które spadły po burzy tarasując przejazd. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko w Manu lalu, czyli ładnym punkcie widokowym i przy małym wodospadzie, znajdującym się w głębi lasu. Żadnych innych atrakcji przez długie godziny.

Wreszcie dojechaliśmy do Moni, małej wioski położonej w pobliżu wulkanu Kintamani, który mieliśmy zobaczyć następnego dnia z rana. Henry polecił nam znowu nocleg, który był dużo gorszy od poprzedniego, ale wytargowaliśmy cenę i się zgodziliśmy. Nie łudziliśmy się, że w okolicy będzie lepszy wybór. Baza hotelowa na Flores jest bardzo słabo rozwinięta, ale cenowo za droga na to co oferuje. Dlatego wszędzie targowaliśmy ceny. Wyszliśmy na spacer. Ujrzeliśmy ciekawe autobusy miejskie, przerobione z ciężarówek. Na pace zrobione były ławki, które były w pełni zajęte przez ludzi, kury i bagaże. Co niektórzy wybierali przejazd na dachu. I nikogo poza nami to nie dziwiło.
Poszliśmy do małej knajpki na kolacje. Było w niej trochę turystów i wydawała się całkiem przyzwoita, do czasu, aż poszłam do toalety. Za barem restauracji znajdował się duży materac, a na nim trójka dzieci oglądająca bajki, ale to jeszcze nic. Przeszłam przez kolejne drzwi i zobaczyłam jak mężczyzna obdziera kurę ze skóry, łamiąc jej kości i płucząc ją w wiadrze z wodą. Jak Adam szedł do toalety przede mną opowiadał, że widział żywą kurę biegającą po kuchni. Okropne. Kuchnia jak to w azjatyckim kraju też nie przeszłaby kontroli sanepidu.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (16)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedzili 7.5% świata (15 państw)
Zasoby: 93 wpisy93 31 komentarzy31 1018 zdjęć1018 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróże
22.07.2015 - 07.08.2015